Rozmawiałem z nim przed Bożym Narodzeniem 2007 roku tylko przez kilka minut. Zorientowałem się, że bohater sprzed 30 lat mieszka w kempingu w lesie. Opala w środku zimy letni domek drewnem... Chciałem z nim porozmawiać dłużej. Zaprosił mnie do siebie.
 
 Do leśnej przystani
Mijam Żukowo i skręcam na Kościerzynę. Mały ruch na krętej, wąskiej drodze przez wsie, pagórki i lasy. Sobotnie przedpołudnie. Muszę przeciąć serce Kaszub i pojechać na skraj tej krainy. Jadę porozmawiać z zapomnianym przez wszystkich człowiekiem. Zapomnianym na skutek splotu wydarzeń i swoje nazwisko. Jadę na kemping ogrzewany szczapami drewna. Błażej mieszka tam z żoną Magdą bo na razie nie ma gdzie mieszkać. W czasach PRL władze cofnęły im przydział na wykupione mieszkanie własnościowe i odebrały komunalne mieszkanie po rodzicach. Mieszkają na skraju lasu. Przez telefon zapewniał, że jest im ciepło.
 Właśnie z powodu telefonu zorientowałem się, że jest coś nie tak. Podczas jubileuszowych, ale bardzo skromnych, obchodów 30-lecia powstania Studenckiego Komitetu Solidarności w Gdańsku, które z mojej inicjatywy zorganizował gdański IPN, podszedłem do człowieka, który zakładał SKS i po 25 latach emigracji wrócił do kraju. Chciałem się umówić na rozmowę. Podyktował numer swojej komórki, poprosiłem jeszcze o numer telefonu stacjonarnego. Odpowiedział, że nie ma bo mieszka w kampingu. Na jakim kampingu, zimą? – zapytałem. Tak wyszło – odpowiedział.
Po spotkaniu zadzwoniłem do znajomych z dawnej opozycji i powiedziałem im tyle ile wiedziałem o sytuacji Błażeja. Nikt się nie wahał – trzeba pomóc. Dzwonię na komórkę Błażeja, mówię że chcemy pomóc, pytam czego najbardziej potrzebuje. Chwila milczenia. Słyszę zażenowany głos: – Drogi panie, daję sobie radę. Niczego nie potrzebuję, grzeję w piecyku, jest ciepło. Cały czas pracuję przy odbudowie zrujnowanego gospodarstwa, które kupiłem przed powrotem z Niemiec. Niedługo się przeprowadzę. Jestem wciąż młody, dam sobie radę.
Młody? Urodził się w 1949 r. Jak sam odbuduje dom, przy którym dłubie już niemal od roku? Nie dopytuję. Umawiamy się na spotkanie.
Mało o Błażeju można dowiedzieć się z Internetu. Błażej Wyszkowski pływając w klasie Fin zdobył tytuł mistrza świata juniorów (wraz z Andrzejem Nowickim) w 1966 roku. Wystąpił na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 w Monachium. Jest współzałożycielem Studenckiego Komitetu Solidarności w Trójmieście. Współtworzył Komitet Założycielski WZZ. Aresztowany i skazany prowadził w więzieniu głodówkę protestacyjną. Współzałożyciel i działacz „Solidarności”. Stan wojenny zastał go w RFN, skąd współorganizował pomoc dla opozycji w Polsce.
Nie pisano o nim w książkach, nie pisano tekstów, nie robiono z nim wywiadów. Gdzieś jakaś mała wzmianka...
 
Blisko Wierzycy zaczynają się mgły. Szron na jezdni. Śnieg tylko zalega gdzieniegdzie. Błażej instruował mnie jak dojechać... W Kościerzynie na drugim rondzie mam skręcić w lewo i ciągle jechać prosto. Dalej moimi kierunkowskazami mają być kapliczki. Po 15 kilometrach przy kapliczce z Matką Boską skręcić w prawo w kierunku na Borsk. Przy kolejnej kapliczce mam skręcić ponownie w prawo. Później mam minąć gospodarstwo i skręcić w prawo. Za gospodarstwem jechać najpierw wzdłuż lasu a później skręcić w las. W lesie pierwszy przy leśnym dukcie po lewej stronie ma być drewniany kamping z Błażejem witającym mnie w progu.
 
 
Błażej na progu swojej chatki
 
Dojechałem. Pierwsza wita mnie radośnie machając ogonem przesympatyczna psina – półroczny mieszaniec bernardyna z niewiadomo kim. Jest Błażej. – Witam w leśnej przystani – rzuca na powitania. Żona coś pichci w kuchni. Goszczą u siebie mamę Błażeja. Starsza pani chodzi o lasce, ledwo słyszy. Serdecznie mnie witają. Chałupka bardzo skromna. Drewniane ściany, na środku między małą kuchnią a małym pokoikiem koza, przy której starannie poukładane szczapy porąbanego drewna. Na kuchence opalanej drewnem grzeje się czajnik. Żona coś przygotowuje na obiad. Siadamy przy kawie i zaczynamy rozmawiać. Błażej zaczyna cichym, spokojnym głosem, nieraz przerywanym głębokim westchnieniem, chwilą zawahania, swoją opowieść. Po rozmowie przyznał, że o wielu sprawach nie opowiedział nawet mamie, bratu i żonie.
 
 
Przed 30 laty
Po zabójstwie Staszka Pyjasa Błażej nawiązał kontakt z jedynym reprezentantem KOR na Wybrzeżu Bogdanem Borusewiczem. Na spotkanie z Borsukiem przygotował się tak, jak mu się wydawało, że musi się przygotować konspirator. Umówił się z kolegą, że pod blok, w którym mieszkał Bogdan, pojadą samochodem. Najpierw obserwowali okolicę czy nie ma patroli i milicyjnych samochodów. Było „czysto”. Stanęli niedaleko wejścia do klatki schodowej. Błażej wyszedł z samochodu, a kolega miał czuwać i gdyby Błażej uciekał po wyjściu z bloku goniony przez esbecję, mieli szybko małym fiatem zwiać. Wszystko przebiegło bez niespodzianek. Kierowca małego fiata nie musiał się popisywać swoimi rajdowymi zdolnościami.
Po miesiącu Błażej zainicjował protestacyjną głodówkę w akademiku Politechniki Gdańskiej w obronie aresztowanych członków KOR. Oprócz Błażeja wzięli w niej udział także: Zdzisław Pietkun (jak się okazało TW „Irmina”), Zbigniew Wysocki i Roman Ardanowski, który opiekował się protestującymi i kontaktował z Antkiem Mężydło oraz Staszkiem Śmigłem. Głodówkę poprzedzili akcją ulotkową i spontanicznym wiecem w akademiku, podczas którego odczytano tekst o powodach protestu.
Było to pierwsze „mocne” wyjście małej gdańskiej opozycji. Nieznani nikomu ludzie ogłosili publicznie swój sprzeciw. Tak bywa w życiu, że to w miarę cisi i skromni ludzie, a nie znani liderzy, są zdolni do heroicznych czynów wówczas, gdy innym dzieje się krzywda. Kładli na szalę swoją przyszłość.
Wspomina Błażej: „Mogliśmy być wyrzuceniu ze studiów, a także nasze życie mogło być tak samo zagrożone jak Staszka Pyjasa. Czuliśmy się osamotnieni i osaczeni. Głodówka była chyba szokiem dla studentów, ponieważ oni widzieli w naszej akcji bunt przeciwko władzy, jedynie działanie polityczne. Władzy się bano. Nasze działanie było natomiast powodowane pobudkami humanitarnymi. Niektórzy studenci przekazywali sygnały solidarności – drobny gest, krótka rozmowa. Władze uczelni wysłały do nas swojego emisariusza. Przekonywał, abyśmy zakończyli protest. Tłumaczył, że jeśli nie zakończymy to uczelnia bardzo wiele straci – zostaną zabrane fundusze na rozwój. Przez dwa dni ciągle do nas ktoś przychodził i w ten sam sposób przekonywał do zaprzestania akcji”.
Szybko ich odizolowano. Na portierni akademika jak nigdy każdego wchodzącego legitymowano i spisywano. Wiele osób, które chciały do nich przyjść obawiało się pokazania dokumentów. Przyszło jednak kilku studentów z medycyny i uniwersytetu, m.in. Olek Hall i Piotr Dyk. Po dwóch dniach zakończyli protest. Wówczas już wszystko było przygotowane do założenia w Trójmieście Studenckiego Komitetu Solidarności. Przełożono jednak ogłoszenie deklaracji na jesień.
Po wakacjach ogłoszono powołanie SKS Uczelni Wyższych Trójmiasta. Deklarację opublikowano 5 listopada. Podpisali ją: Piotr Dyk (student AMG), Anna Młynik (studentka AMG), Magdalena Modzelewska (studentka UG), Grzegorz Pliszka (student UG), Andrzej Słomiński (student AMG) i Błażej Wyszkowski (student PG). Była to pierwsza nielegalna i jawna organizacja opozycyjna w Trójmieście.
Z dokumentów, które zebrałem z różnych archiwów można dowiedzieć się, że przed rozpoczęciem roku akademickiego na Uniwersytecie Gdańskim przygotowano się na pojawienie SKS. Komisja Uczelniana PZPR zorganizowała po raz pierwszy w swojej historii we wrześniu specjalną dwudniową naradę aktywistów w Jastrzębiej Górze – było one poświęcone „pracy ideowo-wychowawczej”. SB sporządziła specjalne wnioski i zalecenia, jak należy postępować. Wszystko to odcisnęło swój ślad w przemówieniu inauguracyjnym wygłoszonym przez rektora UG prof. Janusza Sokołowskiego na rozpoczęcie roku akademickiego 1977/1978.
Rektor dał do zrozumienia, że żadne oddolne inicjatywy nie znajdą najmniejszego poparcia i spotkają się z przeciwdziałaniem. Twierdził, że wszelkie aspiracje młodzieży dobrze reprezentuje SZSP i PZPR: „Liczymy na aktywność, ideowe zaangażowanie i organizacyjną sprawność naszego aktywu studenckiego skupionego wokół uczelnianej organizacji SZSP. Mamy dobrą, mądrą, świadomą i zaangażowaną młodzież studencką, zrzeszoną w organizacji studenckiej, w której dosyć miejsca dla każdego studenta i obywatela [...]. Będziemy otaczać SZSP opieką i udzielać mu maksymalnej pomocy. Jesteśmy przekonani, że sprostamy trudnym zadaniom nadchodzącego roku świadomi, że stoi za nami całe społeczeństwo gdańskiego wybrzeża na czele z wojewódzką organizacją partyjną PZPR”. Rektor dziękował PZPR i przypominał, że szkoła wyższa jest powołana po to, by „aktywnie uczestniczyć w budowie socjalizmu w Polsce Ludowej”. Twierdził, że „nie potrzebujemy jak widać, wymyślać nowych efektownych haseł na chwilę obecną i czas nadchodzący”. Szkoła wyższa miała za zadanie odeprzeć atak „sił antysocjalistycznych”. Wówczas to przewodniczący uczelnianej organizacji SZSP na UG, Aleksander Kwaśniewski, dał przykład innym – wstąpił do PZPR. Na antypodach koniunkturalizmu było niewielu. Większość była milcząca i obojętna.
16 listopada odbyło się zorganizowane w Warszawie przez tamtejszy SKS otwarte spotkanie dyskusyjne nt. „Współczesny ruch młodzieżowy”. Z Gdańskiego SKS na dyskusję wybrał się Błażej. Uważał on, że działania SKS powinny przekroczyć mury uczelni, aby stworzyć większy front walki o demokrację w Polsce. Spotkanie zakłócali przybyli aktywiści SZSP. Przerywano mówcom i przekrzykiwano. Wówczas kolejny raz wpadł w oko SB, która zaczęła uważać go za jednego z najgroźniejszych „elementów antysocjalistycznych”
Po powrocie do Gdańska Błażej przeniósł ideę dyskusyjnych, konfrontacyjnych spotkań do Trójmiasta. Doszło do nich już po miesiącu. Kończył w tym czasie pisanie pracy magisterskiej i przygotowywał się do jej obrony. Termin napisania pracy zawalił z własnej winy, bo zaangażował się w działalność opozycyjną oraz zakochał się i ożenił. W przygotowaniu dyplomu pomagał mu bardzo jego promotor, który uprzedzał go, że z uwagi na zaangażowanie polityczne praca musi być wzorowa, aby nikt nie miał żadnej podstawy do żądania jej unieważnienia. Pamięta, że z miesiąca na miesiąc promotor wciąż mu rozszerzał zakres pracy i w końcu powstał bardzo dobry dyplom. Opowiadając o tym uśmiecha się i widać dumę, że zdołał wszystkim trudnościom sprostać.
Rozwój SKS w Trójmieście nie przebiegał pomyślnie. Środowisko akademickie zachowało większą od spodziewanej wstrzemięźliwość. Na podstawie informacji od swoich współpracowników w SB odnotowano, że z trudem przebiegała akcja kolportażowa „Deklaracji SKS”, a jeszcze gorzej kolportaż „Bratniaka”: „nawet wśród niektórych studentów znanych z krytycznych wypowiedzi pod adresem obecnej rzeczywistości. Nie chcą oni nie tylko przyjmować »Bratniaka«, ale nawet nie przejawiają zainteresowania jego treścią. Stanowiska swoje uzasadniają najczęściej stwierdzeniem, że działalność SKS-u nie ma sensu lub – po prostu – że boją się angażować w działalność, która może im tylko przysporzyć kłopotu” – odnotowano w esbeckich papierach.
Andrzej Zarębski, którego o to zapytałem dopowiadał, że od „Bratniaka” i niektórych ludzi z SKS odstręczał nie strach przed kłopotami, ale „endeckość” i zbytnie afiszowanie się Kościołem. Wielu działało i pomagało drukować, kolportować i organizować manifestacje, podpisywało petycje i protesty, ale firmować SKS w takim kształcie nie chcieli. Woleli, jak na przykład Paweł Huelle, zbuntować swój rok na polonistyce i 11 listopada 1977 r., pójść do baru „Jagienka” na gdańskim osiedlu Przymorze i tam wznosić toasty za niepodległość i na pohybel komunie.
Do „konfrontacji” z SZSP w Uniwersytecie Gdańskim miało po raz pierwszy dojść 2 grudnia na Wydziale Humanistycznym. Aktywiści SZSP nie przyszli. Około 100 osób zebrało się na korytarzu wydziału. Andrzej Zarębski wspomina, że na humanistyce zachęcali do udziału w wiecu w prosty sposób. Siadali w małej grupie na głównych schodach, blokowali je i przeciskającym się studentom rozdawali ulotki.
W odpowiedzi na akcję SKS gdański KW PZPR zorganizował 4 grudnia spotkanie z rektorami i pierwszymi sekretarzem komitetów uczelnianych PZPR, podczas którego ustalano polityczne i administracyjne działania mające przeciwdziałać „prowokacyjnym poczynaniom”. SB obawiała się akcji SKS bo negatywnie oceniano możliwości intelektualne członków aktywu SZSP, którzy przecież powinni byli zbić argumenty głoszone przez „elementy antysocjalistyczne” w bezpośredniej dyskusji. Dlatego uważali, że „»Konfrontacje« takie nie powinny mieć miejsca”. SB zaleciła stosować się do swojej opinii wojewódzkiej instancji partyjnej, Zarządowi Wojewódzkiemu SZSP oraz władzom uczelni.
Szef gdańskiej SB zaplanował cele i plany działań na kolejne miesiące: „kontynuujemy realizację wielopłaszczyznowych i wielowariantowych działań ukierunkowanych na pogłębienie dezintegracji i dezorientacji środowisk oraz neutralizację poszczególnych osób. W dotyczącej tej problematyki informacji skierowanej do wojewódzkiej instancji partyjnej sugerowaliśmy, aby do paraliżowania zaplanowanej przez elementy antysocjalistyczne akcji zbierania podpisów pod »Wnioskiem Obywatelskim ROPCiO« zaangażować dobrane grupy aktywu partyjnego i społecznego”.
Partia i SZSP ramię w ramię z SB miały zwalczać opozycję. W wykonaniu aktywistów SZSP sprowadzało się to do informowania funkcjonariuszy o działaniach ich kolegów na uczelni oraz do niszczenia plakatów, wywieszonych ulotek, a także do wyrywania ulotek czy petycji, pod którymi zbierano podpisy. Działacze SZSP doskonale wiedzieli, że swymi donosami skazują swoich kolegów i ich rodziny na represje.
 
 
Pierwszy wieniec na rocznicę Grudnia ’70
16 grudnia 1977 roku z inicjatywy Bogdana Borusewicza po raz pierwszy odbyło się złożenie wieńca przy bramie Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Przyszło według rożnych relacji od 40 do 80 osób. Błażej, który brał udział w akcji kolportażowej przed rocznicą, wspomina z jakim strachem i nieraz osłupieniem ludzie patrzyli na nich w tramwajach i w kolejce elektrycznej: „Często, gdy tylko zobaczyli kilku młodych ludzi z ulotkami, to byli po prostu przerażeni. Bali się wziąć ulotki. Cały wagonik nabity ludźmi i nikt nie chce sięgnąć, odwracają głowy. Jeśli jednak jeden człowiek zdobył się na odwagę i wziął ulotkę, to i inni chcieli je dostać. Brali jak ciepłe bułki. Na przystanku Gdańsk Stocznia wysiadali z wagonu wszyscy, także ci, którzy w Stoczni nie pracowali. Szybko chcieli być jak najdalej od nas. Jeśli ktoś dziś mówi, że wówczas można było coś więcej, że można było wzywać do czynnej walki z władzą to łże w żywe oczy, rozpowiada wrogą propagandę”. Akcję kolportażu prowadzili przed planowanymi uroczystościami przez kilka dni.
Wieniec przed rocznicą został ukryty w piwnicy domu u rodziców żony Błażeja, gdzie mieszkali, przy ul. Danusi w Gdańsku-Wrzeszczu. Od rana dom był obserwowany przez funkcjonariuszy SB. Domyślając się tego Błażej wymyślił dzień wcześniej, że ostentacyjnie wyjdzie z domu i pojedzie pod stocznię, a tym samym za nim pojadą obserwujący go tajniacy. Tak się stało i wieniec mógł być wyniesiony z piwnicy. Na uroczystość złożenia wieńca przyszli głównie studenci z UG i PG. Wieniec przywiózł taksówką Cezary, kolega Błażej z PG.
Wspomina Błażej: „Wziąłem od niego wieniec i niosłem go pod bramę. Po moich bokach szły dziewczyny, chyba Magda Modzelewska i Ania Młynik. Naprzeciw nam wyszła grupa ludzi ze stoczni. Z akt esbeckich dowiedziałem się, że był to aktyw partyjny stoczni. Jeden z nich, najprawdopodobniej przywódca, takim strasznym, drżącym głosem zaczął do nas wołać: – Luuudzie daaajcie naaam spokojnie praaacować! Zatarasowali nam przejście. Wiedziałem, że jak się zatrzymam to nie dojdę pod bramę. Nie stanąłem, szedłem wprost na niego, i w momencie, gdy już prawie jego piersi dotykał wieniec, odstąpił na bok. Za nim rozeszli się pozostali. Jednak przy samej bramie inni stali nadal. Mogło dojść do rękoczynów. Zacząłem iść w bok, w kierunku wysokiego, metalowego płotu. W tym momencie widzę, jak wolno jadące, jeden za drugim, autobusy specjalnie zasłaniają nasz skromny pochód. Chciałem wyjść na jakąś wolną przestrzeń, aby ludzie nas widzieli. Szedłem dość długo wzdłuż płotu, ale w końcu się zatrzymałem i złożyłem wieniec”.
Borusewicz miał wówczas radziecką kamerę filmową na film 8 mm od Mariusza Muskata, z którym na zmianę filmowali pochód z wieńcem i zapalenie zniczy. Po skręceniu kilku scen w tłumie kamerę przejął Andrzej Zarębski, który wyjął film z kamery i przekazał go znajomej dziewczynie, która, jak twierdzi Andrzej, ukryła małą szpulkę z filmem w majtkach. Kamerę przekazał z powrotem Muskatowi, który udawał, że filmuje nadal zgromadzonych. Gdy wracali z manifestacji zaatakowała ich grupa esbeków.
Borusewicz pamięta wyraźnie: „zaatakowali nas dopiero przy hotelu »Monopol«. Zacząłem uciekać. Kamerę podałem Piotrowi Dykowi. Wskoczył do autobusu, a esbecy za nim. W związku z tym kamerę złapał Błażej Wyszkowski i zaczął uciekać. Ale po kilkudziesięciu metrach dogonili go i przewrócili. Na nich skoczyli moi koledzy studenci. Zaczęło się kotłować. Esbek wyrwał jednemu kamerę, Błażejowi w garści została tylko rączka. Udałem się w pogoń za tym esbekiem ulicą Rajską, krzycząc: »Łap złodzieja!«. Ale to był szybkobiegacz. Goniłem go wytrwale, za mną biegła grupa esbeków, a za esbekami – koledzy. Taki przekładaniec. Biegłem, biegłem, aż straciłem tego z kamerą z oczu. W związku z tym po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że idziemy na komisariat na Piwną powiadomić o napadzie i kradzieży. [...] Powiedziałem, że zgłaszam napad z rabunkiem. Ci milicjanci najpierw przyjęli zawiadomienie o przestępstwie, ale kiedy się zorientowali, kogo oskarżamy, przestali pisać protokół. Gdy postanowiliśmy wyjść, nie chcieli nas puścić. [...] Trzymali nas z pięć godzin, aż w końcu wyszliśmy z niczym, ale wcześniej nas, którzy zgłosiliśmy kradzież, poddano rewizji”. Film został bezpiecznie wyniesiony spod stoczni. Został wywołany i przekazany zachodnim dziennikarzom. Sceny ze złożenia wieńca pokazano na Zachodzie.
Następnego roku i za dwa lata już przed obchodami SB zamykała Błażeja na 48 godzin do aresztu. Gdy pytał z jakiego powodu jest zatrzymywany, odpowiadali „Pan wie dlaczego”. Nigdy nie przedstawili mu niczego na piśmie.
13 stycznia 1978 r. Mirosław Demichowicz, sekretarz KW PZPR w Gdańsku, zanotował w „Informacji”, że SKS ponownie zorganizował nielegalny wiec 6 stycznia na Wydziale Humanistycznym UG. Skrupulatnie odnotował, że „Zwraca uwagę agresywna i prowokująca postawa w stosunku do aktywistów SZSP byłego studenta Politechniki Gdańskiej – aktywnego działacza SKS – Błażeja Wyszkowskiego”. Z powodu takich i podobnych informacji partia i SB zaciskała wokół niego pętlę.
Skąd w Błażeju było tyle samozaparcia? Nie bał się, nie przestraszył krótkich zatrzymań i przesłuchań. Pytam go, czy żagle pomogły mu w życiu. Na jego twarzy pojawia się radosny uśmiech. Już wiem chyba wszystko. Nawet nie musiał odpowiadać... Dorastał w Olsztynie. Od dziecka pasjonowały go żaglówki na mazurskich jeziorach. Gdy miał 14 lat dostał pod swoją opiekę pierwszą łódkę z żaglem. Była taka sama jak kilka innych, na których pływali jego koledzy w klubie żeglarskim. On zaczął badać jej budowę i myśleć, co należy zrobić, jak ją udoskonalić, aby była szybsza od innych. Przychodził codziennie, uczył się pilnie halsowania pod wiatr i dłubał przy żaglówce. Już na pierwszych zawodach jako 14-latek odniósł sukces. Zajął czwarte miejsce w gronie starszych i bardziej doświadczonych chłopaków. Przyjęto go do kadry narodowej juniorów. Jeszcze intensywniej trenował. Został wysłany na mistrzostwa świata w żeglarstwie do Plymouth w Wielkiej Brytanii. Ku zaskoczeniu wszystkich już po przedostatnim wyścigu było pewne, że zwycięstwa nikt mu nie zabierze. Młody, 17-letni olsztynianin został mistrzem świata juniorów w klasie Fin. Dziś za największe swoje niepowodzenie w życiu uznaje udział w Olimpiadzie w Monachium. Jest jednak dumny, że mógł w niej uczestniczyć, chociaż żeglowanie mu się nie udało i zajął miejsce w trzecie dziesiątce w klasie Cadet. Gdy zdał egzaminy na Politechnikę Gdańską i przeniósł się do Gdańska chciał dalej żeglować. Niestety, mimo pięknej Zatoki Gdańskiej w czasach PRL nie można było po niej pływać, możliwe były rejsy jedynie po Martwej Wiśle. Skończył z wyczynowym uprawianiem żeglarstwa. Pochłonęły go studia. Żeglarstwo dało mu jednak pewność siebie, upór i hart ducha, który musi cechować każdego żeglarza, a co pomogło mu przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu, które właśnie miał przed sobą.
 
 
 
Prowokacja
Do Gdańska z wykładem miał przyjechać z Łodzi Józef Śreniowski, redaktor nielegalnego „Robotnika” i działacz KOR. O spotkaniu jawnie informowano na uczelniach i wśród opozycjonistów. Zapraszano wszystkich. Miało się odbyć w mieszkaniu Krzysztofa Wyszkowskiego na gdańskim osiedlu Żabianka. Z reguły SB poprzestawała na obserwacji lub urządzano kocioł, w którym łapano przychodzących. Tym razem urządzono demonstrację siły.
28 maja 1978 roku pod blokiem stało od rana kilka milicyjnych samochodów i krążyły wokół bloku wzmocnione patrole. Widząc co się święci na spotkanie mało kto z opozycjonistów przychodził. Około godziny 13.00 esbecy wdarli się do mieszkania. Błażej opowiada, że podchodząc pod blok pytał sam siebie „Czy oni mogą aż tak nam ograniczać życie, że nie mogę wejść do mieszkania własnego brata? Stoją czy nie stoją, idę. Wszedłem. Zobaczyłem miny zaskoczonych esbeków, że ktoś się odważył wejść. Wiedzieli, że to ja wszedłem. Przygotowali dla mnie specjalną prowokację. Usłyszałem jak krzyczy Ania Młynik, która wyszła wcześniej po dzieci Krzysztofa biegające przed blokiem. Funkcjonariusze milicji ją dopadli, gdy dzieci prowadziła do domu. Zaczęli ją szarpać, wlec za ręce i wciągać do suki. Wybiegłem z mieszkania na klatkę schodową i rzuciłem się jej na pomoc. Za mną wybiegł brat. Próbowałem wyrwać Anię z łap funkcjonariuszy i wyciągnąć z suki. Rzucili się na mnie i brata. Szarpali mnie, ja stawiałem opór, ale żadnego bicia nie było. W kilku wrzucili mnie do nyski. Poderwałem się i stanąłem w drzwiach. Krzyknąłem, że w imieniu prawa łamią prawo. Próbowałem mówić dalej, ale zaczęli z całej siły raz po raz walić mnie drzwiami. Kilka razy uderzono mnie pięścią w brzuch. W końcu się cofnąłem. Zamknęli sukę. Wylądowałem razem z Anią i bratem w areszcie. Było już tam kilka osób, między innymi Edwin Myszk, agent, bardzo aktywny działacz WZZ. Był też Śreniowski i jeszcze kilka osób. Dziwne było to, że był tam Myszk, którego u brata w ogóle nie było, a który powiedział mi, że zrobią mi sprawę. Śreniowski, który miał już więzienne doświadczenia, przypuszczał, że jak zechcą to mogą zrobić pokazowy proces i skazać mnie na kilka lat. Szybko udzielił kilku porad jak sobie radzić za kratami. Przede wszystkim nakazał narzucić sobie bezwzględną dyscyplinę, co miało pomóc w utrzymaniu kondycji psychicznej. Radził codzienną gimnastykę”. Z aresztu zwolniono wszystkich. Został w nim sam.
Dwa dni później, 30 maja, zawieziono Błażeja na rozprawę przed Kolegium ds. Wykroczeń przy prezydencie miasta Gdańska. W małej salce wszystkie miejsca były zajęte przez funkcjonariuszy SB i milicji. Błażej rozpoznał większość esbeków, którzy od dawna go prześladowali. Nie było nikogo ze znajomych, gdyż wcześniej o terminie rozprawy nie powiadomiono nawet żony. Wspomina: „Łza zakręciła mi się w oku, gdy zobaczyłem twarze sędziów i wiszące na ich piersiach orły. Wypowiadali się w imieniu Polski. Było to dla mnie tak kompromitujące, była to taka farsa tej praworządności i państwowości... Czułem się bezsilny, nie było żadnego sposobu na uczciwą obronę. Pomyślałem przez chwilę, że może się nie przyznam, że jestem Błażej Wyszkowski, bo zamknęli mnie bez żadnego dokumentu tożsamości. Prosiłem o adwokata i świadków obrony. Odmówiono, a przecież mnie porwano z ulicy. Nie chciano mnie słuchać. Ogłoszono wyrok, który na pewno zapadł poza tą salą – dwa miesiące aresztu. Nie mogłem się z tą niesprawiedliwością pogodzić. Od razu postanowiłem, że w proteście przeciwko niesprawiedliwemu wyrokowi będę kontynuował głodówkę, którą rozpocząłem zaraz po aresztowaniu”.
Pozostający na wolności przyjaciele zostali poinformowani przez zwolnionych z aresztu na komisariacie, że Błażej zostanie postawiony przed kolegium. Wiedzieli też, że rozpoczął on głodówkę protestacyjną i byli przekonani, że się nie załamie. Nie udało im się dostać na rozprawę, ale dowiedzieli się o wyroku. W proteście wydali Oświadczenie:
„Ubiegłoroczny absolwent Politechniki Gdańskiej B. Wyszkowski jest założycielem Studenckiego Komitetu Solidarności Wyższych Uczelni Trójmiasta, uczestniczył w protestacyjnej głodówce w czerwcu ub. roku, żądając uwolnienia członków, sympatyków Komitetu Obrony Robotników i robotników więzionych za udział w czerwcowym proteście 76 roku. B. Wyszkowski, jest aktywnym działaczem Wolnych Związków Zawodowych w Gdańsku. [...] Kolegium d/s Wykroczeń wymierzyło wyrok, na podst. art. 51 §2 Kodeksu Wykroczeń pod zarzutem, że »gorszącym zachowaniem doprowadził do zbiegowiska publicznego«. [...] W sprawie B. Wyszkowskiego mamy [...] do czynienia z jawną współpracą organów administracji państwowej z MO i SB w oburzającej akcji represji politycznej, przeprowadzonej pod osłoną prawa. Mimo ujawnienia przez KSS »KOR« »Dokumentów Bezprawia« demaskujących przestępstwa dokonane w Polsce przez MO, SB i Prokuraturę, totalitarna władza nie waha się przed użyciem kłamstwa, przemocy, bezprawia w walce z ludźmi, którzy mają odwagę w tym kraju niezależnie myśleć i głosić otwarcie swoje poglądy. Po ogłoszeniu przez Kolegium wyroku Błażej Wyszkowski publicznie oświadczył, że będzie kontynuował głodówkę rozpoczętą w dniu zatrzymania”.
 
Pod Oświadczeniem podpisali się członkowie SKS i WZZ. Z oświadczeniem solidaryzowali się redakcja „Bratniaka” i Punkt Konsultacyjno-Informacyjny ROPCiO, czyli Tadeusz Szczudłowski.
Z sali kolegium zawieziono go wprost do gdańskiego aresztu. Przed bramą przy ul. Kurkowej w Gdańsku czekały na niego Ania Młynik ze swoją koleżanką, które nie wiedząc, o której zostanie przewieziony do więzienia długo wypatrywały go w milicyjnych samochodach. Wiozący Błażeja samochód stanął na chwilę przed bramą. Wówczas dziewczyny zobaczyły go i bez wahania podbiegły. „Uśmiechały się do mnie bezradnie – wspomina Błażej. Próbowały pocieszyć, dały sygnał, że nie będę sam. Przyłożyły ręce do szyby w geście pozdrowienia. Mi z drugiej strony też się udało ręką dotknąć szyby. Tak się pożegnaliśmy. Usłyszałem trzask otwieranej bramy. Samochód ruszył. Brama się zatrzasnęła. Wjechałem w inny świat PRL-u”.
 
 
 
Za kratami
W areszcie przy pierwszym kontakcie w dyżurce z funkcjonariuszami więzienia oświadczył, że będzie prowadził głodówkę protestacyjną. Ktoś mu podpowiedział, że ma prawo napisać oświadczenie i odwołanie od wyroku, co szybko zrobił. Tym samym sprawił, że władze więzienia musiały poinformować o tym sąd. Sąd musiał rozpatrzyć odwołanie i musiał dopuścić do obrony adwokata. To jednak stało się po wielu dniach.
Zamknięto go w dusznej, zakratowanej i z zasłoniętym oknem celi razem z trzema pospolitymi kryminalistami. Nie dano mu pozwolenia na kontakt z rodziną i adwokatem. Nie miał dostępu do książek i gazet.
Cichym, przygnębiającym głosem opowiada: „Dla mnie to był szok. Mała, duszna cela. Blendy w oknach, które nie tylko zasłaniały widok, ale także uniemożliwiały cyrkulację powietrza. To był koniec maja, były upały. Czterech mężczyzn w małej celi. Ta toaleta, która była niczym nie zakryta. Kiedy trzeba było się załatwić... to mnie strasznie krępowało, przy obcych ludziach na klozecie. Ach, to było dla mnie okropne, straszna cena, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Kryminaliści namawiali mnie, abym podjadał bo przecież nikt nie widzi. Widziałem jak ich od czasu do czasu gdzieś wywoływano. Przypuszczam, że ich wówczas instruowano co mają mi mówić i jak się zachowywać. Piłem jedynie kawę zbożową”.
Błażeja po tygodniu, gdy ani naciski współwięźniów by zaczął jeść, ani ich ostentacyjne objadanie się, nie dało żadnego rezultatu, wyprowadzono z celi i zaprowadzono do najniższych piwnic gdańskiego więzienia. Zamknięto go w celi, która na środku była przegrodzona kratą z małymi uchylnymi drzwiczkami, przez którą można było podawać napoje i jedzenie.
Błażej wstrząsa się na jej wspomnienie: „Jak w ZOO, gdzie przez kraty wrzuca się padlinę. Chcieli złamać mnie psychicznie. Była to obskurna, strasznie brudna, zimna cela. Po pewnym czasie, raptem z kibelka w celi zaczęły się wylewać fekalia. Zacząłem strasznie głośno krzyczeć. Krzyczałem i krzyczałem. Nikt nie reagował. W końcu na całej podłodze w celi było pełno fekaliów. Gdy już zaczynały pływać pojawił się klawisz, który z zadowoloną miną dał wiadro i rzucił we mnie szufelką. – Jak ci się coś nie podoba to sobie posprzątaj – warknął i wyszedł. Była to dramatyczna chwila. Zobaczyłem siebie jak staczam się na samo dno, z którego nikt mnie nie wyciągnie, gdzie na zawsze ugrzęznę w swojej bezsilności. Bałem się co oni jeszcze wymyślą, aby mnie upodlić. Już po wyjściu z aresztu wpadła mi ręce książka wydana w Paryżu, w której akowiec opowiadał o tym, jak go to samo co mnie spotkało w czasach stalinowskich. Otóż w więzieniu było specjalne urządzenie, którym zamykano odpływ nieczystości i kierowano je z całego bloku do wybranej celi w piwnicy. Była to specjalna metoda łamania psychiki dla najbardziej niepokornych. W 1978 roku wrócono do, zdawałoby się, zapomnianych już metod. Smród zatykał mi oddech, czułem zawroty głowy. Zacząłem zgarniać, to co mogłem do wiadra. Musieli odkręcić z powrotem jakiś zawór bo z kibelka już nic nie leciało. Chwiałem się na nogach...
Następnego dnia zaprowadzono mnie do tzw. wychowawcy, który namawiał mnie do zaprzestania głodówki. Był to młody człowiek, mój rówieśnik, zapewne tuż po studiach. Powiedziałem, że absolutnie nie. Upomniałem się o dostęp do książek i gazet. Z materiałów zgromadzonych w IPN dowiedziałem się, że po rozmowie ze mną złożył wniosek o jeszcze surowsze traktowanie i postulował jeszcze wyższy stopień represji: żadnych gazet, żadnych książek, żadnych listów i odwiedzin. Przeniesiono mnie do innej celi, na innym wydziale, w której byłem już zupełnie sam i absolutnie odcięty od świata. W ciągu dnia zabroniono mi leżeć. Mogłem tylko chodzić i stać. Rozpoczęło się przymusowe odżywianie...”
 
Błażej przez chwilę milczy. Widzę po twarzy jak walczą w nim, gdzieś w duszy, okropne wspomnienia. On to musi widzieć wciąż w swoich oczach, słyszy dźwięki i czuje tamten zapach – myślę. Po chwili ciągnie dalej cichym stłumionym szeptem, jakby się bał, że swoją opowieścią zasmuci żonę i matkę.
„Weszła do celi ordynarna, wulgarna i arogancka salowa czy pielęgniarka w obstawie jakiegoś młodego, ale rosłego więźnia – kontynuuje. Zażądali ode mnie abym dobrowolnie się im poddał bo inaczej siłą, przy pomocy strażników, będą mi wciskać do gardła rurkę i będzie to o wiele bardziej dotkliwe niż jeśli to oni sami zrobią. Poddałem im się. Gdy wciskali do gardła rurkę czułem okropne odruchy wymiotne. Nie miałem czym wymiotować bo już od wielu dni nic nie jadłem. Ten młody więzień trzymał mi głowę. Przychodzili przez trzy tygodnie dzień w dzień. Co dzień odruchy wymiotne, ohydna salowa wciskająca rurkę i więzień trzymający głowę. Kilka kpiących słów, śmiechy, wulgarne żarty. Rozbijali dwa surowe jajka, które wlewali przez lejek i rurkę wprost do żołądka, a następnie w ten sam sposób kubek jakiejś mlecznej papki. Nikt inny do mnie nie zaglądał. To był jedyny kontakt z ludźmi. Strażnicy podglądali mnie przez judasza czy w dzień nie leżę. Gdybym się położył sprowadziliby mnie z powrotem do piwnicy. Znowu puściliby fekalia. Było mi bardzo ciężko. Czułem, że coraz bardziej słabnę fizycznie i jeszcze ta mordercza monotonia w kompletnie pustej celi.
Po kilku tygodniach przyszedł do mnie adwokat Siła-Nowicki, który powiedział, że będzie mnie bronił na rozprawie rewizyjnej. Zapytał, czy skoro może mnie bronić i jest już wyznaczony termin ponownej rozprawy, to czy jednak nie przerwę głodówki. Odpowiedziałem, że nie. Byłem zaskoczony jego pytaniem. Gdy termin rozprawy się zbliżał, a ja czułem się fizycznie coraz gorzej, bardzo schudłem, byłem słaby, to jednak postanowiłem, że na rozprawie przerwę głodówkę. Psychicznie nie czułem się złamany. Nie wiedziałem do jakiego stanu się doprowadziłem. Przed rozprawą pozwolono mi pójść do łazienki z lustrem. Wystraszyłem się. Pamiętam jak przed tym lustrem naciągnąłem skórę na szyi... Nie chciała wrócić na swoje miejsce. Sterczała dalej bezwładnie jakbym ją nadal trzymał w palcach. Twarz była cała żółta, poczułem strach, bałem się samego siebie.
Na rozprawie uzasadniałem przerwanie głodówki tym, że nie chcę, aby odebrano ją jako nacisk na sąd. Dziś się cieszę, że wówczas, po prawie 30 dniach podjąłem taką decyzję. Gdybym dalej prowadził głodówkę to dzisiaj byłbym kaleką. Zaszłyby nieodwracalne zmiany w organizmie. Wtedy byłem jeszcze młody i organizm dość szybko się zregenerował.
Inną torturą było nieustanne napięcie psychiczne, panowanie nad sobą i samodyscyplina. Męczarnią było pozostawanie przez 24 godziny w izolatce, bez świstka papieru, bez żadnego sprzętu. Na to zgadzał się sędzia wydający wyrok i władze Gdańska, któremu podlegało kolegium. Zgoda, że wyrokami i sposobem uwięzienia zarządzała partia i SB, ale godzili się na to także inni, ci, którzy tkwili w tym systemie i z niego korzystali, i wykonywali każde polecenie. Nie musieli być bezwolnymi i zadowolonymi z siebie ludźmi. Jak można godzić się na to, aby innym działa się krzywda?”.
 
Błażej głaszcze głowę swojej młodej suki. Piękną ma sierść półbernardynka i bardzo mądre oczy. Widzę, że gładkość i pulchność jej włosów daje mu w tej chwili ulgę. Ona zaś łypie okiem na stolik i talerzyk z faworkami. Wyobrażam go sobie jak mógłby żeglować i ścigać się z innymi płynąc pod wiatr. Wtedy płynął. Były to jego najtrudniejsze regaty. Nie widać było mety, nie wiadomo było czy zdoła do niej dopłynąć. Raczej był to rejs na stracenie, w otchłań, ale tego żeglarza z raz wybranej drogi przez życie zawrócić nie było sposobu. Pamiętał też o pożegnalnym pozdrowieniu przez szybę milicyjnego samochodu.
 
Przez cały czas, gdy Błażej siedział samotny w celi, pozostali na wolności opozycjoniści próbowali różnych sposobów, aby poinformować społeczeństwo o niesprawiedliwym wyroku i głodówce. Powielano, rozdawano i rozrzucano ulotki – ponad dwadzieścia tysięcy z oświadczeniem SKS „Trójmiasto” i Komitetu Założycielskiego WZZ w Gdańsku. Odbyło się kilkadziesiąt akcji rozdawania ulotek w miejscach publicznych, przy których niejednokrotnie interweniowała milicja.
Jedną z takich akcji wspomina Piotr Szubarczyk. Po spotkaniu w ramach „konfrontacji” z SZSP na Politechnice Gdańskiej, wybrali się rozdawać ulotki, które dał im Borusewicz: „Bogdan wybiera sześciu z nas i wręcza nam ulotki, z którymi jedziemy tramwajem na Żabiankę i dzwonimy do drzwi mieszkańców bloku przy ul. Pomorskiej, gdzie mieszka Krzysztof Wyszkowski. To właśnie tu, w mieszkaniu brata, aresztowano Błażeja. Rozdajemy sąsiadom ulotki wyjaśniające, jaka była prawdziwa przyczyna akcji SB. [...] Sprawa Błażeja odbiła się szerokim echem także poza środowiskiem opozycyjnym. Było to możliwe dzięki akcji ulotkowej. Jedną z ulotek przeczytał Lech Wałęsa i 2 czerwca 1978 r. zgłosił się do Wolnych Związków Zawodowych w Gdańsku z propozycją współpracy”.
Za sprawą głodówki Błażeja Polska ma noblistę...
Po kilku dniach przyjaciele postanowili urządzić w mieszkaniu jego brata, Krzysztofa Wyszkowskiego, solidarnościową głodówkę. Przez tydzień prowadzili ją: Bogdan Borusewicz, Piotr Dyk, Józef Śreniowski i Krzysztof Wyszkowski. Pomagała im Ania Młynik. Od 3 czerwca do momentu uwolnienia Błażeja 28 lipca, codziennie o godz. 17.15 odbywała się w Bazylice Mariackiej w Kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej w Gdańsku publiczna modlitwa w jego intencji z udziałem od kilkunastu do kilkudziesięciu osób, którą prowadziły Bożena Rybicka, Anna Kołakowska i Magda Modzelewska. W Gdyni ks. Hilary Jastak z własnej inicjatywy odprawił mszę św. w intencji uwolnienia Błażeja. Na mszę przyszły tłumy ludzi.
 
 
Wspaniały świat wspaniałych przyjaciół
Pomimo starań mec. Siły-Nowickiego 29 czerwca wyrok został zatwierdzony przez Sąd Rejonowy w Gdańsku. Tym razem na rozprawę rewizyjną mogli przyjść przyjaciele Błażeja. Przyjechali także z Warszawy ludzie z KOR i reprezentanci krakowskiego SKS. KOR wydał w obronie Wyszkowskiego specjalne oświadczenie.
Piotr Szubarczyk opisał co działo się w sądzie: „Wprowadzono Błażeja. Był krótko ostrzyżony, bardzo blady i miał ciemne plamy pod oczyma – skutek protestacyjnej głodówki w więzieniu [...]. Sędzia czytał wyrok (dwa miesiące więzienia) przy drzwiach otwartych, ale nie doczytał, ponieważ matka Błażeja rozpłakała się i wtedy wszyscy jak na komendę wstali i odśpiewali Jeszcze Polska nie zginęła. Potem, gdy wyprowadzano Błażeja z sali, skandowaliśmy na korytarzu jego imię”.
Dzień później pozostający na wolności przyjaciele napisali do niego List Otwarty: „Drogi Przyjacielu! [...] oświadczamy, że walkę, którą podjęliśmy wspólnie w imię wolności obywatelskiej oraz odzyskania przez naszą Ojczyznę Niepodległości będziemy kontynuowali nadal nie bacząc na grożące nam niebezpieczeństwa. Twoja wspaniała postawa podczas odbywania kary miesiąca aresztu i godne zachowanie w czasie procesu [...] jest dla nas przykładem godnym do naśladowania. Wiemy, że przeżywasz obecnie ciężkie chwile, odłączony siłą od rodziny i najbliższych, ale chcemy, abyś wiedział o tym, że nie jesteś sam. Nasze myśli i serca są przy Tobie. Wiedz również o tym, że ofiara jaką poniosłeś i ponosisz nadal nakłada na nas moralny obowiązek, by czynić wszystko, aby nie była ona daremną”.
Gdański SKS wspólnie z WZZ wydał 30 czerwca ulotkę protestacyjną, w której podkreślono, że sąd wydał wyrok pod wyraźne dyktando SB. W solidarnościowej akcji obrony uwięzionego założyciela SKS stanęły osoby związane ze wszystkimi nurtami opozycji. Można było się spierać a jednocześnie być solidarnym.
Po wyjściu z więzienia Błażej był wyczerpany fizycznie i psychicznie. Musiał ograniczyć swoją działalność. W opozycji skupiło się bardzo wielu młodych i utalentowanych ludzi, ale było ponad ich siły, aby podołać wszystkim działaniom. Starano się jak najbardziej pomagać sobie nawzajem. Połączyły ich, zdawało się wówczas, że nierozerwalne więzi przyjaźni.
Zdaniem Błażeja każdy z nich za każdego „był gotów oddać nawet życie”. Natomiast w społeczeństwie przeważał powszechny strach, obawa o życie, karierę i zarobki. Ludzie byli przeświadczeni, że milicja wszystko wie, że każdego łatwo może zniszczyć, że partyjni tylko czekają, aby komuś zaszkodzić. To był dopiero rok 1978, jeszcze przed wyborem Polaka na Stolicę Apostolską i jego pielgrzymką do Polski. Przed powstaniem „Solidarności” i wielką podziemną opozycją w stanie wojennym. To, co stało się później, wówczas dopiero się rodziło. Bez takich ludzi jak Błażej nie bylibyśmy w tym miejscu w jakim dziś jesteśmy.
Pytam Błażeja, jak po latach ocenia swoją działalność, czy można było inaczej, lepiej, skuteczniej, czy nie żałuje zdrowia i szansy robienia kariery, czy warto było to wszystko robić, czy nie czuje rozgoryczenia? Prostuje się i pewnym głosem odpowiada: „Tak, warto. Jestem też z tego dumny, że byłem, że się nie poddałem, mimo iż uważałem, że nasza walka jest nie do wygrania, że jesteśmy od początku przegrani, że zderzamy się z potworną siłą, która w sposób bandycki z nami postępuje”.
To skąd to przekonanie, że trzeba się przeciwstawić – pytam. Przecież w ówczesnych warunkach było pewne, że przegracie. „To wynikało z mego wnętrza, przekonań, to kwestia wartości, w które wierzyłem – odpowiada. Choć to jeszcze mało. Wartości uznaje większość ludzi, ale nie przeciwstawia się złu. Jeszcze potrzebny jest temperament i odwaga. Każdy inteligentny przecież człowiek bierze pod uwagę, że to jest taka skala represji, że człowieka można bez problemu zniszczyć, a więc, że to się nie opłaca... Bez walki jednak nic się nie zmieni. To, że cokolwiek się zmieniało, to kwestia tylko i wyłącznie walki ludzi, którzy mieli w sobie poczucie sprawiedliwości, roztropności i patriotyzmu. Dopóki byli tacy ludzie, to walka mimo wszystko miała sens. Dlatego, że czuliśmy się jak rodzina, jak bracia i siostry, mogliśmy działać i się nie poddawaliśmy. Po latach myślę, że wówczas przeniosłem się w inny, idealistyczny świat. Byliśmy w stosunku do siebie tacy oddani, pełni poświęcenia. Wtedy każdy z tych ludzi byłby gotów poświęcić za innego swoje życie. To piękne uczucie, romantyczne i heroiczne. To były piękne czasy – to piękne grono przyjaciół. Do tego jeszcze tak wiele wspaniałych dyskusji i lektur, a jeszcze to wspólne i bezinteresowne działanie. To już niestety bezpowrotnie odeszło w przeszłość. Szkoda bo konsekwencje złych nawyków z czasów PRL wciąż są w ludziach widoczne. Widać to też po sposobie prowadzenia polityki w naszym kraju. Szkoda jeszcze jednego... Dziś wiemy, że środowisko nie było czyste, że część ciosów, które wielu z nas odebrało, to zasługa agentów, którzy udawali przyjaciół. To nas osłabiało. To jest ogromny zawód”.
Przed sierpniem 1980 r. Błażej znalazł marną pracę w przedsiębiorstwie, które dało mu posadę daleko od Gdańska, gdzie dostał mieszkanie służbowe i się wyprowadził od rodziców. W trakcie karnawału „Solidarności” mógł do MKZ przyjeżdżać tylko na chwilę, rozmawiał, brał ulotki i zawoził do siebie. Na cztery dni przed wprowadzeniem stanu wojennego znalazł się w Niemczech. Nie znał języka niemieckiego, a angielski słabo. Zabrał się jednak wraz z innymi Polakami na terenie Hamburga za organizowanie pomocy dla „Solidarności”. Współorganizował kilka demonstracji. Pomagał przy wysyłaniu pomocy za pośrednictwem kościołów. Wspomina, że wówczas widział u Niemców wielkie zaangażowanie w niesienie pomocy. Nie tylko związków zawodowych, ale i zwykłych ludzi.
Błażej Wyszkowski nigdy nie wyemigrował i nie chciał być na emigracji, a mimo to spędził w Niemczech 25 lat. Nie miał jak w stanie wojennym do Polski wrócić. Z powodów politycznych jesienią 1977 r. odebrano jego żonie Magdzie przydział na wykupione już mieszkanie własnościowe w spółdzielni mieszkaniowej, które dostała jeszcze przed zawarciem małżeństwa. Niedługo po ślubie nakazano im oddać klucze od mieszkania, do którego nie zdążyli się jeszcze wprowadzić. Była to represja, która miała godzić w Błażeja i przyczynić się do rozbicia małżeństwa. W stanie wojennym do Niemiec przyjechała do niego żona z paszportem w jedną stronę. Gdy w 1989 roku przyjechała do Gdańska już po śmierci swoich rodziców i chciała z powrotem zameldować się w ich mieszkaniu, aby móc z rodziną wrócić do Gdańska, władze Gdańska odmówiły jej meldunku. Mieszkanie zostało przydzielone osobie, która mieszkała z jej matką.
Wrócił do kraju w 2007 r. Zamieszkał w domku kempingowym swoich rodziców na Kaszubach, w którym spędził wiele letnich wakacji gdy był dzieckiem. Jak jeszcze mieszkał w Niemczech za zaoszczędzone pieniądze kupił niedaleko gospodarstwo rolne. Teraz powoli, we własnym zakresie remontuje zabudowania. Wierzy, że sobie poradzi bo, jak twierdzi, wciąż jest młody i pełny sił. Dowodem na to ma być to, że szusuje na nartach z wierzchołka Wieżycy.
 
Gdy kończymy rozmawiać za oknem zapadł już zmrok. Żona Błażeja podaje nam obiad. Błażej zachwala własnej roboty marynowane grzybki i tarte buraczki. Ona wciąż coś próbuje do talerza dołożyć, nie wierzy, że zawsze mało jadam. To bardzo dzielna kobieta. Bez niej sternikowi na tej trudnej drodze przez życie byłoby o wiele trudniej. Nie przepłynąłby przez tyle lat przez tak wiele burz.
  
PS
Tekst napisałem wiosną ubiegłego roku (teraz wprowadziłem tylko małe zmiany). Staraliśmy się pomóc Błażejowi Wyszkowskiemu. W tym celu zebraliśmy pod apelem do Prezydenta Gdańska o przydział dla Błażeja mieszkania kilkaset podpisów. Prezydent obiecał rozpatrzeć prośbę. Jednak Błażej na rozmowę do wskazanej przez wiceprezydenta urzędniczki nie pojechał. Powiedział, że gdy zadzwonił, aby się umówić na spotkanie, które jak przewidywaliśmy miało służyć ustaleniu obecnego statusu mieszkania i ewentualnej propozycji otrzymania mieszkania w innym miejscu, urzędniczka beznamiętnym głosem powiedziała mu, że przede wszystkim musi ona zbadać, czy nie chce on od miasta mieszkania wyłudzić… Tego było za wiele. Odłożył słuchawkę.
Po Błażeju byli aresztowani w Gdańsku inni opozycjoniści, żadnemu nie zabrano mieszkania. Jednemu z nich, już nieżyjącemu, miasto wystawiło tablicę pamiątkową i nazwało skwerek jego imieniem. Można zadać retoryczne pytanie. Czy tylko ci, co umarli zasługują na pamięć? Być może, bo z żyjącymi są tylko problemy.
Tekstem nie zainteresował się żaden z tygodników i dzienników. Wisiał tylko na portalu NZS. Chciałbym go przypomnieć w czasie „Święta Solidarności” celebrowanego przez ECS, gdyż ludzi w gorszej sytuacji niż Błażej, i jeszcze bardziej zapomnianych, jest wielu. Oni nie świętują, ale i nie żałują tego, że stać ich było kiedyś na odwagę, gdy inni milczeli.
Historię studenckiej opozycji w Trójmieście, jej drugą część, miał wydać ECS. Już po napisaniu całości, po naniesieniu poprawek i uzupełnień, przeprowadzeniu korekty maszynopisu, ECS poinformował, że książki nie wydrukuje. Podobno to splot różnych wydarzeń… Prace nad zbieraniem do książki informacji, m.in. takich historii jak Błażeja, jej pisanie trwało prawie dwa lata. Czy wydanie tomu drugiego monografii, a także zaoferowanie pomocy przy dokończeniu pierwszej części, zakłóciło by celebrowanie „Festiwalu Solidarności” tym, o których ECS uważa, że pamiętać trzeba?
IPN historią opozycji studenckiej w Trójmieście też nie jest zainteresowany. Prezes Kurtyka wyjaśnił w grudniu ubiegłego roku na spotkaniu na UG w Gdańsku, że NZS była organizacją elitarną, że ci, którzy się z NZS się wybili (tak jak np. on) zasługują na pamięć i uznanie. Tłumaczył, że w IPN jest grant do badań nad NZS, ale tylko nad jego strukturą krajową oraz Warszawą i Krakowem. Ciekawa jest sprawa Krakowa. Krakus Kurtyka tłumaczył, że dlatego na badanie o jego NZS są pieniądze, bo mieli TW, który robił im zdjęcia i podarował je teraz ze wszystkimi prawami autorskimi, dlatego książka będzie tańsza. Do książki o trójmiejskiej opozycji, tylko w tomie drugim obejmującym lata 1985-1989, udało się zebrać ponad 700 ilustracji. Wszyscy zgodzili się na ich publikację za darmo. Niepotrzebny był żaden litościwy TW. Kurtyka na koniec spotkania powiedział, że jak sobie chcemy, to możemy do IPN się poskarżyć…