Przygotowania do strajku w sierpniu 1980 r. w Stoczni Gdańskiej im. Lenina były bardzo mizerne. W zasadzie oprócz planu: wejdziecie i wezwiecie do strajku, nic więcej nie wymyślono. Członków WZZ pchały do akcji strajkowej wydarzenia w kraju. Z nich brano przykład. Już w lipcu sondowano możliwość strajku – skończyło się kompletnym niewypałem. Robotnicy nie chcieli strajkować. To nie był Świdnik, ani Lublin, w Gdańsku 10 lat wcześniej doszło do masakry robotników. Każdy o tym pamiętał. W pamięci mieli też próby strajków i nieudane protesty na Wybrzeżu w 1976 r. po których dziesiątki ludzi z wilczymi biletami wyrzucono na bruk, a w państwowych mediach przetoczyła się ogromna fala propagandowego potępiania warchołów i awanturników. W 1980 r. płace w stoczniach nie były dramatycznie niskie. Robotnik zarabiał od 5000 do 8000 zł. W stoczniowych bufetach w zasadzie jedynie z małymi kłopotami stale można było kupić mięso i wędliny. Tak więc w lipcu poprzestano jedynie na rozmowach o strajku.

 

Do myśli o strajku powrócono ponownie po wyrzuceniu 7 sierpnia Anny Walentynowicz z pracy w stoczni. Walentynowicz zwróciła się z prośbą do Bogdana Borusewicza, a z pomocą pospieszył jej KOR i WZZ. Dzień później został napisany apel do pracowników stoczni, ale nie wzywano w nim do strajku lecz jedynie do obrony zwolnionej suwnicowej: „Jeżeli nie potrafimy się temu przeciwstawić, nie będzie nikogo, kto wystąpi przeciw podwyżce norm, łamaniu BHP, czy zmuszaniu do nadgodzin. We własnym interesie należy więc takich ludzi bronić. Dlatego apelujemy, wystąpcie w obronie suwnicowej Anny Walentynowicz. Jeżeli tego nie uczynicie, wielu z Was może się znaleźć w podobnej sytuacji”.
 
Członkowie WZZ liczyli, że pretekst zwolnienia Walentynowicz będzie lepszy od prostej próby wywołania strajku jedynie o podwyżki. Wydrukowali dziesiątki ulotek z apelem, w stoczni kolportowano dziesiątki informatorów KOR o efektach lipcowej akcji strajkowej na południu Polski. Spotykano się z opinią: oni dostali podwyżki to i nam się one należą.
 

W dzień po zwolnieniu z pracy Anny Walentynowicz dla zwolnionych z aresztu za zorganizowanie w Gdańsku manifestacji w święto 3 Maja w 1980 r. Darka Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego w ogromnym mieszkaniu Piotra Dyka urządzono powitalną fetę (w mieszkaniu SB miała zainstalowane liczne podsłuchy). Gdy towarzystwo już sporo popiło rozpoczęły się chóralne śpiewy na pohybel komunie (Tomasz Wołek pytał wówczas Antka Pawlaka, co to jest za karakan co tak strasznie fałszuje – palcem wskazując na nieznanego mu Wałęsę). Rozochoceni atmosferą, podczas której raz po raz ktoś przebąkiwał, że trzeba w końcu coś zrobić, aby komuna upadła, Borusewicz wyprowadził całą grupę WZZ ze Stogów na tyły kamienicy. Zakomunikował im, że mają rozpocząć strajk 13 sierpnia. Zaniemówili, ale skoro przed chwilą śpiewali pod przewodem Szczudłowskiego „bolszewika, goń, goń, goń”, to nie śmieli odmówić. Jedynie Wałęsa kręcił nosem. Nic dziwnego. Na dniach miała się urodzić jego córka Anna. On zamiast pomagać żonie musiał przedzierać się do stoczni. Borusewicz wspomina, że Wałęsa nie był entuzjastą strajku, ale mógłby dodać jaki był tego powód. Strajk ostateczne przesunięto o jeden dzień. Nie zdążono wydrukować dostatecznej ilości ulotek, które drukowano do ostatniej chwili.